Mrówcza robota

Marzec 27th, 2012 | Dodał: | Blog | 1 Komentarz »

Nasz pierworodny poprzecierał nam różne szlaki rodzicielstwa. A może raczej to my nim te szlaki przecieraliśmy…Nieważne.

Ważne, że nauczyłam się przy nim wielu rzeczy, wielu wciąż się uczę.

Na przykład akceptowania uczuć i emocji. Temat, który mam w małym palcu, obudzona o 3 w nocy mogłabym recytować teorię, praktyką żyję na co dzień. Każdego dnia tulę, potakuję, nazywam emocje całej trójki, współodczuwająco obejmuję ich swym spojrzeniem.

A mimo to, ilekroć mój niemal siedmioletni syn wpada w trudną do ukojenia złość o podłożu czasem wydawałoby się, błahym – toczę wewnętrzną walkę, by potraktować go tak, jak sama chciałabym być potraktowana. By nie zbagatelizować (nie przesadzaj, to tylko rozlana herbata; czy naprawdę musisz tak jęczeć?; i to jest powód, żeby tak krzyczeć?), nie zaatakować (jeszcze raz się tak zachowasz, i pożałujesz!), nie wyszydzić (zachowujesz się jak mały dzidziuś, naprawdę).

Nie myślcie sobie, włożyliśmy ogrom pracy w rozumienie naszego dziecka i niesienie mu pomocy w trudnych chwilach. Długo na przykład zajęło mi odkrycie, że nie pomagają mu słowa pocieszenia, nazywanie emocji, jakiekolwiek werbalne próby ukojenia go. Potrzebował przytulenia, towarzyszenia mu w emocjach, bez słów.

No właśnie… odkryłam to i podążałam za tym przez jakiś czas, po czym znudziło mi się. Wymyśliłam sobie, że skoro ma już te sześć, siedem lat, jest na tyle duży, że naprawdę, mógłby wziąć się w garść i przynajmniej powiedzieć “potrzebuję się przytulić”.

A on nic. Mijają miesiące, a on wpada w te swoje stany, które znam na wylot – krzyczy, biega, mówi mi przykre rzeczy – ale sam z siebie nie przyjdzie się przytulić; muszę ja pierwsza zaproponować mu bliskość, wtedy on z niej korzysta (lub nie, gdy zaproponuję akurat nie w tej sekundzie). Zaczęłam się łapać na tym, że wymuszam na nim wypowiedzenie magicznych słów “chcę się przytulić” – udaję, że nie wiem, o co mu chodzi, gdy daje mi znaki, że jest gotowy na taką pomoc, naciskam, by zwerbalizował swoją prośbę etc.

Bo cały czas mi coś w głowie podszeptuje – już powinien, taki duży chłopak, no!

I zdarzyło się, że przez moje bezsensowne naciski cała akcja się wydłużała – zamiast wziąć go na kolana, ja wymagałam rzeczy niemożliwej, dolewając tym samym oliwy do ognia.

Aż wreszcie poszłam do fryzjerki. Mam świetną fryzjerkę, ujarzmia moje włosy bezdyskusyjnie. Ostatnio natomiast opowiedziała mi, jak zabrałaby się za ujarzmianie dzieci. W dość dosadny sposób odmalowała mi sytuację z przedszkola (odbierała siostrzeńca), kiedy jakaś dziewczynka popłakała się ze złości, że rysunek jej nie wyszedł. Nie przytoczę dosłownie, bo i po co :) Sens był taki – dzieci obecnie to rozwydrzone bachory, którym się wydaje, że wszystko im się należy, rzucają się z byle powodu, urządzają histerię o błahostki. Wszystkim przydałoby się porządne przetrzepanie skóry, zaraz by wiedziały, gdzie jest ich miejsce.

 

Nie, nie, nie, nie zamierzam Wam się wypłakiwać, ani wybałuszać oczu ze zdumienia. Takie postawy są mi doskonale znane i nie dziwią mnie ani trochę. Serio.

Zrobiłam sobie na tym fotelu fryzjerskim szybką kalkulację, czy mi się opłaca w ogóle przedstawianie jej swoich przemyśleń na temat rodzicielstwa, i równie szybko stwierdziłam, że nie. Uśmiechnęłam się grzecznie, zapłaciłam i wyszłam z nową głową.

 

Tak, z nową – dosłownie i w przenośni. Oprócz nowej fryzury niosłam też świeżą myśl, że – czy mi się chce, czy nie – muszę tulić T., gdy przeżywa trudne chwile. Bo jeśli nie ja, nie my – rodzice, to nikt. Bo jeśli nie my, to od kogoś innego usłyszy jedynie, żeby nie przesadzał, nie mazał się, w końcu chłopaki nie płaczą, a w ogóle to mogło być gorzej.

A my możemy mu pokazać, że wszystkie emocje są w porządku; że przeżywanie wszystkich, nawet tych mniej przyjemnych, jest ważne, i nie przeraża nas, rodziców. Że warto okazywać je w sposób, który nie rani innych. Że nie ma nic niestosownego w męskich łzach, w rozczarowaniu, gdy coś poszło nie po naszej myśli, zdenerwowaniu, gdy coś się nie udaje.

 

Zatem  zakładam sobie na ten tydzień skupienie się na trudnych emocjach syna. Wiem, że w ciągu tygodnia nie zmienię jego sposobów reakcji, że to zadanie na czas o wieeeele dłuższy. Jednak w tym tygodniu chcę pamiętać, że tą mrówczą pracą mogę wyposażyć go w umiejętność samodzielnego radzenia sobie z emocjami, a nie spychania ich gdzieś głęboko, daleko od siebie, skąd nieoczekiwanie wracają zwielokrotnione.

 

Niech więc ten tydzień będzie tygodniem emocji – kto jeszcze myśli, że i jego dziecko skorzysta z takiej promocji?:)


Jeden komentarz on“Mrówcza robota”

  1. 1 Kasiula napisał(a) 21:17 on Marzec 28th, 2012:

    a ja w tym tygodniu czytam „mądrych rodziców” a wniosek ten sam: to my rodzice swoją mrówczą praca możemy ułatwić naszym dzieciaczkom dobry start w przyszłość lub sprawić, że ta przyszłość będzie…. niefajna….


Zostaw komentarz